Tajna radiostacja o kryptonimie „Łódź Podwodna” ( bo zbudowana pod piwnicą domu rodzinnego na ul. Fortecznej 4) to genialna technicznie i organizacyjnie placówka łączności ZWZ/AK zaprojektowana i stworzona przez stryja Stanisława Rodowicza – nigdy nie wykryta przez Niemców. Zamieszczony tekst to wspomnienia Władysława Rodowicza – brata Stanisława.
ŁÓDŹ PODWODNA
„ŁÓDŹ PODWODNA” czyli radiostacja na Fortecznej Z końcem października i w listopadzie 1939 r. oficerowie i podoficerowie łączności znający się z Centrum Wyszkolenia Łączności w Zegrzu i z obrony Modlina zaczęli nawiązywać kontakty w celu działania w konspiracji. Przez mego szkolnego kolegę i sąsiada z Żoliborza, podporucznika Adama Struchowskiego, nawiązali kontakt z porucznikiem Konradem Bogackim i włączyli się do organizacji wojskowej Służba Zwycięstwu Polsce przemianowanej z początkiem 1940 roku na ZWZ – Związek Walki Zbrojnej. Złożyliśmy przysięgę, ta skromna uroczystość odbyła się w kuchni domu przy Fortecznej 4, jedynym pomieszczeniu nie zniszczonym podczas walk wrześniowych.
Przywożone na Forteczną różne radiostacje nadawczo-odbiorcze zapoczątkowały organizowanie ośrodka łączności pod dowództwem mego brata Stasia. Uruchomienie tam wędzarni doskonale według nas mogło tłumaczyć zwiększony ruch wokół domu. Jako podkomendny Stasia załatwiałem różne sprawy transportowe oraz zdobywałem środki utrzymania dla nas wszystkich.
Sprawa sprzętu przedstawiała się źle. Któregoś dnia otrzymałem polecenie przewiezienia do reperacji dwóch dużych aparatów radiowych, które nie nadawały się do uruchomienia; należało je przewieźć do reperacji na ulicy Podchorążych, czyli na drugi koniec Warszawy. Załadowaliśmy aparaty do dwóch plecaków, wsiedliśmy z Wincentym Świerczyńskim na rowery i przejechaliśmy całe miasto. Na rogach niektórych ulic ruch regulowali sami Niemcy w brunatnych mundurach, w szkopkach na głowie i czarnych sztylpach na nogach. Po jakimś czasie Konrad Bogacki z Adamem Struczkowskim przywieźli radiostację pochodzącą z warszawskiej fabryki „AVA”, która produkowała przed wojną małe aparaty nadawczo-odbiorcze dla lotnictwa i marynarki. Kierownictwo wyjechało we wrześniu za granicę, a fabryka znalazła się pod nadzorem niemieckim. Został tylko dozorca Polak. Dzięki jego wskazówkom nasi oficerowie zdążyli z magazynu niekontrolowanego jeszcze przez okupanta zabrać jeden niewielkich rozmiarów aparat oraz dużą skrzynię części zapasowych i przewieźć wieczorem na Forteczną. Staś z radiotelegrafistą Alfonsem Golańskim niezwłocznie przystąpili do nawiązywania łączności z zagranicą. W grudniu 1939 r. radiostacja rozpoczęła nasłuch. Aparatura mogła być w każdej chwili schowana w prowizorycznym schowku w ruinach domu na Fortecznej 4. Nawiązanie łączności z polską radiostacją na zachodzie było początkowo trudne ze względu na brak danych dotyczących fal i kodu oraz czasu nadawania i odbioru. Nasi dowódcy „Józef” – Józef Srebrzyński, i „Zaremba” – Konrad Bogacki, postanowili wykorzystać drogę kurierską utrzymywaną z Budapesztem, nie zajętym jeszcze przez Niemców. Uzyskali zgodę dowództwa i w styczniu 1940 r. kurier przywiózł pierwsze namiary. Niestety, nie udało się nawiązać według nich łączności. Dopiero następna przesyłka kurierska okazała się dobra. Otrzymaliśmy również dużo lepszą radiostację zbudowaną dla naszych potrzeb przez przebywającego w Budapeszcie inżyniera Burhardta oraz znaki rozpoznawcze i sygnały niezbędne przy stałej pracy, na przykład nagłego przerwania w nadawaniu w razie niebezpieczeństwa. Pamiętam, że znakiem takim była początkowa litera „W” nadana alfabetem Morsa to znaczy kropka i dwie kreski nadane dwa razy. Ustalono długość fali, godziny rozpoczęcia korespondencji oraz datę podjęcia stałej pracy.
Od 4 marca 1940 r. rozpoczęły się codzienna regularna łączność radiowa z Budapesztem. Dyżurowało kolejno na zmianę dwóch radiotelegrafistów, początkowo „Alf” – Alfons Golański, i „Józef”, zwany też „Łysym Józefem” – Józef Zakrzewski. Alf Golański był moim instruktorem w Szkole Podchorążych Rezerwy Łączności w Zegrzu w latach 1938/1939. Uczył nas czyszczenia broni – wskazywał miejsca, gdzie „lubi” gromadzić się brud i na co przełożeni zwykle zwracają uwagę. Instruktaż zakończył słowami: „Co będę dużo mówił, karabin ma się świecić, jak psu nos na Wielkanoc.” Zrozumieliśmy, że nie lubi rozwodzić się nad sprawami oczywistymi.
Każdy z telegrafistów pełnił dyżur przez tydzień. Mieszkał wtedy na Fortecznej 6 i nie opuszczał domu, aby jak najmniej zwracać na siebie uwagę. Z chwilą nawiązania łączności radiowej zmieniły się moje zadania. Najważniejsze stało się dostarczenie materiału do nadawania i przekazywania szyfrów.
Otrzymywałem telegramy zaszyfrowane. Każdy telegram zapisany był na cienkim papierze, żeby w razie czego łatwiej można było go zniszczyć. Zawierał szereg liczb, składających się z pięciu cyfr. Nie wiedzieliśmy, jakie wiadomości odbieramy i jakie nadajemy. Telegramy odbierane z zagranicy również były tam przekazywane przełożonym za pośrednictwem łączniczek. Staś, mój bezpośredni szef, ustalił zasadę, że przekazywanie telegramów należy tak organizować, aby nie jedna i ta sama osoba odbierała telegramy i w sztabie, i w komórce szyfrowej i jeszcze je dostarczała do radiostacji. Chodziło też o to, aby jak najmniej osób wiedziało o Fortecznej i o „Łodzi podwodnej”. Zbyt duże było ryzyko w razie aresztowania – nawet przypadkowego – jednej osoby. Restauracja „Pod Bankiem” na Bielańskiej okazała się przydatna. Stała się punktem kontaktowym. Łączniczka przynosiła mi o umówionej godzinie do restauracji telegramy z biura szyfrów, a ja przekazywałem otrzymane telegramy z zagranicy. Te zawiozłem lub ekspediowałem na Forteczną. Jedną z łączniczek, z którą najdłużej współpracowałem, była Tamara Stulgińska. Sklep i restauracja „Pod Bankiem” mieściły się w malutkim lokalu, właściwsze nazwy to sklepik i knajpka. Cały lokal składał się z czterech pomieszczeń, dwa od frontu były nieco większe – w jednym mieścił się sklep, w drugim restauracyjka z przejściem między nimi. Za nimi mieściły się dwa pokoiki jeszcze mniejsze, o powierzchni czterech metrów kwadratowych każdy. W jednym z nich, za restauracją, mieściła się kuchnia, w drugim,
za sklepem, przebywaliśmy my, współwłaściciele. Gdy w jednym z tych dwóch pomieszczeń od podwórza nie było nikogo, wówczas tam przekazywaliśmy sobie telegramy. Często jednak ktoś był – goście, interesanci czy wspólnicy. Wtedy udawałem się do ubikacji, mieszczącej się na małym, ślepym podwóreczku. W jakiś czas po mnie Tamara też się tam udawała. Czasem szliśmy osobno do kościoła na placu Teatralnym i siadaliśmy w jednej ławce. Te środki ostrożności były konieczne ze względu na przypadkowych obserwatorów. Po mieście kręciło się sporo Niemców w cywilu, a wśród nich spotkać było można volksdeutschów i donosicieli mówiących po polsku. Już w 1940 roku krążyły po Warszawie wiadomości o aresztowaniach na ulicy na skutek podsłuchanych rozmów. Wymagania Stasia dotyczące ostrożności były przez nas pilnie przestrzegane. Nasz punkt kontaktowy „Pod Bankiem” spełniał różne funkcje. Któregoś dnia przychodzi jeden z członków naszej organizacji radiowej z walizką. Wręcza mi ją, mówiąc, że zawiera ona 28 tysięcy złotych i że trzeba je wymienić na większe banknoty, bo idąc w teren, niewygodnie taszczyć tak ciężką walizkę. Patrzę na zegarek i stwierdzam, że niedługo skończą się godziny przyjmowania interesantów w banku. Nie miałem czasu na przeliczanie pieniędzy i odnalezienie znajomych pracowników bankowych, przychodzących często do sklepu. Skierowałem się prosto do nieznanego kasjera. Kasjer zaczął przeliczać pieniądze i trochę zdziwiony, a nawet zaniepokojony zapytał, ile miało być tych pieniędzy. Powtórzyłem tak, jak mi powiedziano, że 28 tysięcy. Kasjer przeliczył jeszcze raz i odłożył na bok jeden banknot. Potem powiedział, żebym zaczekał, a sam opuścił kasę, zamykając okienko. Widzę, że nadeszła godzina zamykania banku. Zaniepokojony odnajduję znajomego woźnego. Woźny zamyka wejście i znika. Po bardzo długiej chwili wraca do hallu i powiada, że mam szczęście, że trafiłem na niego. Wśród banknotów jeden był fałszywy, poza tym było nie 28 tysięcy ale 32. Kasjer naradzał się, co ze mną zrobić. Należało mnie aresztować, przede wszystkim za fałszywy banknot, ale podejrzane było także to, że nie znałem dokładnej sumy pieniędzy. W końcu oddano mi całe 32 tysiące, a fałszywy banknot zniszczono. W tym okresie dostaliśmy wiadomości z oflagu od mego brata Kazika. Od ojca mego, Stanisława Rodowicza, w początkach 1940 roku przyszła jedna karta pocztowa z obozu w Kozielsku. Dalszych nie było. Po latach dowiedzieliśmy się o Katyniu. Ojciec wymieniony jest w Wykazie Ofiar na stronie 12, pozycja 927. Zginął prawdopodobnie 12 kwietnia 1940 r. W tym czasie w jego domu prowadziliśmy korespondencję radiową z Dowództwem Wojska Polskiego na Zachodzie. Korespondencja telegraficzna z zagranicą zaczęła płynąć codziennie przez parę godzin. Skoro jednak odbierać nasze telegramy można było za granicą, tym bardziej należało się liczyć z nasłuchem niemieckim na miejscu. Obserwowaliśmy okolicę przez cały czas nadawania. Od tego zależało bezpieczeństwo radiostacji. W razie zagrożenia i obserwator miał alarmować telegrafistę, który przerywał pracę, gdy na ulicy pojawiał się samochód lub nadlatywał samolot. Warto przypomnieć, że samochodami mieli prawo jeździć wówczas tylko Niemcy. Samochody osobowe zostały Polakom zabrane jeszcze w 1939 roku. Oprócz Stasia i mnie na zmianę obserwatorem był prowadzący wędzarnię i zaprzysiężony w Organizacji Paciorek, zwany „Siwym” z powodu jasnoblond włosów. Dołączył również jako obserwator i współpracownik nasz sąsiad z Fortecznej 2 – Wincenty Świerczyński. Sprzęt radiowy przechowywany był w zburzonym domu na Fortecznej pod numerem 4, na strychu. Przybywało go coraz więcej. Początkowo aparatura była dużych rozmiarów. Powstał problem przechowywania jej, rewizje zaczynały się mnożyć wśród znajomych. Praca w zrujnowanym domu nie była na dłuższą metę dobrym rozwiązaniem. Umieszczenie radiotelegrafisty w domu numer 6, opuszczonym przez sąsiadów, mogło być rozwiązaniem przejściowym, ryzyko namierzenia radiostacji było ogromne. Tymczasem praca telegrafistów przybrała charakter stały, „granie” ciągnęło się coraz dłużej. Trzeba było coś wymyślić, aby zapewnić bezpieczeństwo. Staś rozwiązał problem ukrycia radiotelegrafisty razem z radiostacją przez wybudowanie pomieszczenia pod piwnicą domu przy Fortecznej 4. Zaprojektował konstrukcję schowka dla radiostacji między fundamentami klatki schodowej. Podarowując kolejno części fundamentów, uzyskał pomieszczenie wysokości około dwóch metrów, a szerokości klatki schodowej. Po wyjęciu ostatniego stopnia w schodach z parteru do piwnicy, wycięliśmy podłogę pod tym stopniem i zaczęliśmy wyciągać ziemię wiaderkami. Pracę rozpoczęliśmy w kwietniu 1940 roku.
Wydobyliśmy ponad 30 metrów sześciennych ziemi. Dwukołowy wózek, zbudowany przez Stasia z kół i części podwozia jego samochodu, w nocy służył do rozwożenia wybranej ziemi. Ładowano ją w garażu, a wywożono i rozsypywano nocami w ogródku wokół domu podczas obowiązującego wówczas zaciemnienia. W dzień wózek ten pomagał zarabiać na życie zajmującym się przewozami Tadeuszowi Stulginskiemu i Michałowi Nałęcz-Dobrowolskiemu, szwagrowi Stasia. Przewozili oni również większe transporty dla radiostacji. Przy budowie pod kierownictwem Stasia pracowali na trzy zmiany: szef „Zaręba” – Konrad Bogacki, Jerzy Jerzewski, Władysław Mancewicz, Adam Stuczowski, Mieczysław Boczkowski, Jan Wojno, Stanisław Paciorek, Wincenty Świerczyński i Władysław Rodowicz. Wszystkich nas żywiła żona Stasia – Krystyna. W czerwcu 1940 roku pomieszczenie było gotowe, radiostacja przeniesiona została do „Łodzi podwodnej”, nazwanej tak głównie ze względu na sposób maskowania wejścia oraz na wąski, długi kształt podziemia. Ostatni stopień schodów do piwnicy był wysuwany tak zmyślnie, że nikomu nie mogła przyjść na myśl możliwość jego wyjęcia. Jeżeli jednak ktoś by to zrobił, to pod stopniem, we wgłębieniu betonu, znajdował rurę z kranem, z którego po odkręceniu kurka leciała woda. Wtajemniczeni wiedzieli, że należy cały kran wraz z rurą załamać w nasadzie, co zwalniało zatrzask Yale. Całą podłogę w tym miejscu, którą stanowiła misa betonowa należało wówczas przesunąć od siebie. Ukazywał się otwór, przez który można było wsunąć się i po drabince zejść do podziemia, do „Łodzi podwodnej”. Cały masywny blok, który się lekko odsuwa, umieszczony był na kołach z łożyskami kulkowymi. Rura z bieżącą wodą miała połączenie przewodami gumowymi z siecią wodociągową. Przełamanie kranu nie rozłączało instalacji wodnej, a jedynie zwalniało zatrzask. Po zejściu na dół posuwało się tę betonową płytę po przesunięciu ostatniego schodka i zatrzask zamykał się automatycznie. Aby opuścić, otwierało się zatrzask Yale, odsuwa schodek i wyjście było otwarte.
Warto przez chwilę zastanowić się nad znaczeniem następujących słów ze wspomnień Stasia: „Przełamanie kranu wraz z rurą wypełnioną bieżącą wodą otwiera zatrzask Yale, co pozwala łatwo odsunąć blok cementowy zasłaniający wejście do podziemia.” Poza oryginalnym, technicznie genialnym pomysłem, realizacja wymagała nie tylko znajomości prac betoniarskich i murarskich, ale i ogromnej wyobraźni technicznej. Jak przez otwór w podłodze piwnicy mieliśmy wstawić ciężki, większy od otworu kilkudziesięciokilogramowy blok cementowy, zaopatrzony jak u żółwia w wystające na bok łapy, które dzięki kółkom na łożyskach kulkowych miały pozwolić przesuwać całość? Wykonywaliśmy polecenia, nie rozumiejąc, w jaki sposób poszczególne elementy miały się złożyć w całość. Wszystko zostało zmontowane i przez kilka następnych lat doskonale spełniało swoją rolę.
Wykończenie wnętrza świadczyło o tym, że Staś nie tylko myślał o bezpieczeństwie, sprawie oczywiście najważniejszej, ale świetnie sobie wyobrażał warunki przyszłej pracy w pomieszczeniach, gdzie przez wiele godzin mieli pracować radiotelegrafiści. Dbał również o gromadzenie zapasu żywności i stale go uzupełniał. O pracy przy budowaniu „Łodzi podwodnej” pisze w swoich wspomnieniach Konrad Bogacki, pseudonim „Zaremba”, bezpośredni przełożony Stasia: „Wykonanie zostało zaprojektowane przez Stanisława Rodowicza. Zaczęło się od rozbicia betonu na przestrzeni 2 stóp na 2 stopy, a potem wybierania ziemi przy pomocy łyżki, następnie łopatki, a skończyło się na wykopaniu pod betonem przestrzeni na 2 metry wysokiej, 1,5 metra szerokiej i 2,5 metra długiej (liczby przybliżone). Na jednym końcu wykopano dwie wnęki, jedną dla radiostacji, a drugą na mały stolik kancelaryjny i dodatkowy odbiornik, otrzymany od „Doktora” (inż. Ryszard Walter). Wnętrze wymurowano i wycementowano dla zabezpieczenia przed wilgocią. Doprowadzenie światła i wody nie było już trudne, a z wentylacją też nie było kłopotu, bo ściana szczytowa domu miała w tym miejscu komin, który posłużył nam później do wyprowadzenia anteny dipolowej. Najtrudniejszym problemem było rozwiązanie wejścia do podziemia. W nim leżała cała istota zabezpieczenia przed szukającymi. Stanisław rozwiązał to po prostu idealnie. Mianowicie wbudował w wycięciu betonu miskę, również z betonu, która miała z kolei wbudowany kran do wody. Dla obcego było oczywiste, że jest to główny kran domu. Ponieważ dom był zniszczony, więc kran miał prawo nie działać. Takie było założenie. Aby móc wejść do pokoju pod fundamentami domu, trzeba było nacisnąć szpilką w wiadomym miejscu* a cała betonowa wnęka (miska) z kranem odjeżdżała na łożyskach pod betonową podłogę, odkrywając wejście, a wtedy po drabinie schodziło się na dół. Dla podkreślenia umiejętności i przedsiębiorczości Stanisława muszę dodać, że gdy zaprosiłem kiedyś znajomego inżyniera, brakowało mu słów podziwu dla sposobu, w jaki praca została wykonana. Dodał jeszcze, że jako fachowiec chyba by się nie podjął tej pracy jako bardzo niebezpiecznej, gdyż istniało wielkie ryzyko zawalenia się ściany domu.” Rzeczywiście wymagało to przemyślenia kolejności robót i dużej znajomości różnych fachów. Trzeba było wykonać podmurowanie fundamentów, założyć sufit oraz zamknięcie, wykonać podłączenie systemu alarmowego pod ziemią do sieci elektrycznej, do kabla ulicznego pod prądem, do instalacji wodnej i zaprojektować ogrzewanie – nie mówiąc już o tynkowaniu, stolarce i ślusarce. Ten prosty opis nie może oddać tego, co zostało zaprojektowane przez Stasia i wykonane przez niego przy pomocy niefachowych współpracowników. Każdy z nas miał na pewno dużo dobrej woli, ale żadnej znajomości jakiegokolwiek rzemiosła. Zastosowane rozwiązania techniczne nie były wzorowane na jakichkolwiek istniejących znanych urządzeniach. Kiedy pracujący dniami i nocami nad budową „łodzi podwodnej” Staś poszedł którejś nocy spać, współpracownicy postanowili sami wymurować kawał ściany. Zrobili to tak niefachowo, że trzeba było to rozebrać i ścianę stawiać od nowa. W swoich wspomnieniach Staś pisze: „Moje wszechstronne wykształcenie techniczne – potrzebne dla celów realizacji filmów naukowych, znalazło pełne zastosowanie praktyczne. Na miejscu miałem kompletny warsztat ślusarki, stolarski, samochodowy, elektrotechniczny. Cegła z rozwalonych ścian domu. Cement kombinowałem od znajomych. Deski i żelazo miałem na miejscu – także całe gotowe podziemie, poza bardzo drobnymi wydatkami, kosztowało organizację zaledwie parę tysięcy złotych. Zaznaczam, że od dowództwa Związku Walki Zbrojnej nie pobierałem żadnego żołdu ani komornego, ani też żadnego zwrotu kosztów za materiały włożone do budowy. Jedynie w okresie stołowania się budowniczych żona otrzymywała od „Zaremby” jakieś sumy do bardzo skrupulatnego rozliczania – tylko dla pracowników dochodzących”. Stanisław pisze dalej: „W czerwcu 1940 roku budowa była zakończona i cały zespół aparatów z pierwszego piętra zniesiono do „Łodzi”. Przeniósł się tam i radiotelegrafista:
tam pracował i nocował, czując się o wiele bezpieczniej. Zresztą wnętrze było naprawdę luksusowo wykończone. Lustra przyniesione z mieszkania powiększały wąskie przestrzenie. Miękka kozetka, wygodne stoły stałe i składane, nie rażące oświetlenie, świeże powietrze, ciepło, kokosowe chodniki (też przyniesione z mieszkania), biblioteka, mapy na ścianach, emblematy i broń,świeża woda w umywalce, zapasy żywności, cisza, izolacja od otoczenia, a za to kontakt radiowy z całym światem stwarzały niezapomniane wrażenia na każdym, kto choć raz odwiedził „Łódź podwodną”. Czterdzieści linii sygnalizacyjnych, dobrze zamaskowanych, dawało połączenie telefoniczne i nasłuch z całego otaczającego terenu oraz możliwości sygnalizacji alarmowej ze wszystkich pomieszczeń domów na Fortecznej 4 i 6, ogrodu i sąsiadującego przez ogród domu nr 2, gdzie mieszkał Wincenty Świerczyński.” We wrześniu 1940 r. żona Stanisława – Krystyna, z córeczką Wandą i rodzicami przenoszą się do innego mieszkania, przekazując całe pomieszczenie przy Fortecznej 6 do dyspozycji organizacji. Do pełnienia roli gospodyni lokalu i łączniczki zostaje przyjęta nasza kuzynka, Halina Iwanicka. W swoich wspomnieniach Stanisław podaje skład zespołu, który mu podlegał jako dowódcy Ośrodka Radiowego ZWZ w roku 1940 aż do dnia obławy 3 lutego 1941 r.: „Zastępcą w czasie budowy „Łodzi Podwodnej” do września 1940 r. był por. Jan Woyno. Cały rok 1940, do 3 lutego 1941, pracują radiotelegrafiści podporucznicy stanu wojny: Alfons Golański „Alf”, Józef Zakrzewski „Łysy Józef” i Edward Łukasik „Wiesław”. Konserwatorem sprzętu był inż. Ryszard Walter „Doktór”. Podporucznik Władysław Rodowicz był odpowiedzialny za punkt łącznikowy w restauracji „Pod Bankiem” na rogu ulic Bielańskiej i Daniłowiczowskiej. Stanisław Paciorek „Siwy”, Wincenty Świerczyński „Wicek”, Michał Nałęcz-Dobrowolski i Tadeusz Stulgiński, zastąpiony później przez żonę Tamarę Stulgińską, spełniali różne funkcje, zależnie od potrzeb.” Wchodzenie przez drzwi frontowe do niezamieszkałego domu mogło budzić podejrzenia, zwłaszcza że coraz częściej na Fortecznej i na sąsiednich ulicach zaczęły pojawiać się samochody niemieckie, a gestapo rewidowało przechodniów i mieszkańców sąsiednich domów. W listopadzie ma miejsce pierwsza rewizja gestapo w domu przy Fortecznej 6. Tylko cudem nie zakończyła się ona tragicznie. Należało zatrzeć wszelkie ślady, które wskazywałyby, że dom przy Fortecznej 4 jest odwiedzany. Dotychczas do domu numer 4 wchodziło się przez ogród i wejście pod tarasem bezpośrednio do piwnicy. To przejście przez ogrody było wygodne, ale tylko latem. Ponadto ktoś z ulicy mógłby zauważyć, że do domu numer 4 wchodzą ludzie, choć jest niezamieszkały. Rozwiązanie tego problemu opisuje „Zaremba” w swoich wspomnieniach: „Dom Forteczna 4 miał wspólną ścianę z domem nr 6, który też został oddany do naszej dyspozycji. Otóż znowu wynalazczy Stanisław wpadł na pomysł, aby przebić ścianę z pokoju, który graniczył z kuchnią po drugiej stronie pod nr 4. Po stronie nr 6 wbudował w ścianie szafę na ubrania z tylną podnoszoną ścianą […] trzeba było nacisnąć zamek i pchnąć ścianę do kuchni, która otwierała się na zawiasach, od strony kuchni wisiały umieszczone na tej części ściany półki na utensylia kuchenne. W ten sposób dom pod nr 4 dla zewnętrznego obserwatora był nieużywany i nieuczęszczany. […] aby mieć szybką łączność z radiotelegrafistą pod ziemią na wypadek alarmu, a także i dla całodziennej komunikacji zainstalowano ukrytą sygnalizację świetlną i telefoniczną. Mikrofon i mały głośnik były wbudowane we framugę drzwi (między pokojami), tuż za zamkiem. Dzięki tej sygnalizacji sygnał otrzymany od obserwatora z ulicy mógł być przekazany natychmiast do operatora i nadawanie przerwane.” Przedostawanie się z mieszkania pod numerem 6 szafą do kuchni pod numer 4 wyglądało następująco: w mieszkaniu pod numerem 6, w rogu pokoju, z naszej starej szafy, pamiętającej jeszcze Kijów, potem Kalisz i wreszcie rozbitej we wrześniu w naszym mieszkaniu przez pocisk, Staś zbudował szafę ścienną. Wygląd zewnętrzny miała odpowiednio wiekowy. Po otworzeniu drzwi szafy widać było ubrania wiszące na poprzecznej żerdzi na wieszakach. Po rozsunięciu ubrań ukazywała się tylna ściana drewniana, przykręcona śrubami do muru. Miała pionową listwę, przybitą do muru i rozdzielającą tył szafy na dwie części, u dołu znajdowała się listwa poziomu. Brakowało w niej jednej śruby. Kiedy w dziurę po śrubie wsadziło się gwóźdź, leżący zawsze niby przypadkiem na sąsiednim oknie, wówczas odskakiwał zatrzask i można było, podnosząc dolną listwę do góry, unieść z łatwością całą połowę ściany szafy. Na murze był umieszczony zwyczajny zatrzask Yale. Gdy się go otworzyło i popchnęło ścianę – można było się przedostać do kuchni domu przy ulicy Fortecznej 4. Po przejściu zamykało się za sobą ścianę w szafie, zsuwając płytę i zamykając ścianę w kuchni. Od strony kuchni, na przejściu, wisiała zwykła półka kuchenna. W jej tylnej ściance również brakowało gwoździa. Wsadzenie tam pręta, „rzuconego” gdzieś w pobliżu, zwalniało zatrzask. Półka otwierała się, ukazując otwór w ścianie i zatrzask od przejścia przez szafę. Ten dokładny opis był konieczny, aby zrozumieć przebieg wydarzeń w lutym 1941 r. Podczas budowania przejścia, co trwało od połowy listopada do połowy grudnia 1940 roku, Staś robił remont mieszkania pod numerem 6. Zanim odmalował pokoje, umieścił mikrofony w przedziwnych miejscach: w rozetkach lamp u sufitu, we framugach drzwi. Z tych miejsc połączenia szły do „Łodzi podwodnej”, w której można było słyszeć to wszystko, co działo się w pokojach pod numerem 6. Jeden z punktów sygnalizacyjnych był umieszczony w ogrodzie, przy bramie od ulicy. Latem i jesienią 1940 roku można więc było pracować w ogrodzie i jednocześnie obserwować okolicę. Trzeba było mieć oczy i uszy otwarte. Pamiętam, że podczas niektórych dyżurów w ogrodzie niewiele robót ogrodniczych można było wykonać, tak często latał samolot i tak często jeździły niemieckie samochody różnych typów. Staś określił wówczas, w którym stadium przelotu samolotu należało dać znać telegrafiście, aby przerwał nadawanie. Chodziło mu o skierowanie poszukiwań na fałszywy trop, o zmylenie obserwatorów co do zlokalizowania radiostacji. Wiedzieliśmy o istnieniu tzw. martwego pola, czyli obszaru nad samą radiostacją, z którego lotnik nie mógł odbierać sygnałów. Obserwatorami na Fortecznej, pod kierunkiem Stasia, byli: Wicek Świerczyński i „Siwy” – Stanisław Paciorek, oraz okresami sam Staś i ja autor tych wspomnień. Pewnego dnia zameldowaliśmy, że w czasie nadawania, nad domem, regularnie pojawiał się samolot. Leciał wolno i zawracał. Przy którejś z rzędu powtórce tej obserwacji Staś wydał polecenie bezwzględnego przerwania nadawania, zwłaszcza że jednocześnie samochody niemieckie jeździły po okolicznych ulicach. Stało się oczywiste, że Niemcy usiłują wykryć radiostację. Radiostacja pracowała wówczas około sześciu godzin na dobę i utrzymywała łączność z Budapesztem, Bukaresztem (przede wszystkim) oraz z Ankarą, Kairem, Tuluzą, Sztokholmem i Krakowem, i oczywiście z Londynem. Dla zlokalizowania tajnych radiostacji, Niemcy prowadzili namiar przez stacje goniometryczne. Goniometr radiowy jest to urządzenie pozwalające określić kierunek, skąd płyną fale radiowe. Był on używany do określenia pozycji statków, samolotów itp. W początkowym okresie okupacji Niemcy używali do tego celu samolotów. Po rozpoznaniu metod pracy okupanta, Stanisław opracował prosty, a równocześnie skuteczny sposób zabezpieczenia pracującej radiostacji przed wykryciem, polegający na wyznaczeniu pewnej przestrzeni oddalonej od radiostacji. Kiedy samolot zbliżał się do granicy tej przestrzeni, obserwator z Fortecznej, wykorzystując jedną z wielu linii sygnalizujących, alarmował, że trzeba przerwać nadawanie. Po wyjściu samolotu z tego obszaru radiostacja wznawiała pracę. Przecięcie linii wysyłanych przez stacje goniometryczne w tym oddalonym miejscu myliło nieprzyjaciela. Słuszność tej taktyki potwierdzały rewizje przeprowadzane przez żandarmerię we wskazanych w ten sposób rejonach, skąd były rzekomo nadawane sygnały. Tak długa, przeszło roczna, praca radiostacji w jednym miejscu była wynikiem tej mylącej okupanta taktyki.
OBŁAWA
Od jesieni 1939 r. mieszkałem w obszernej willi rejenta Tomasza Baranieckiego przy ulicy Kaniowskiej, równoległej na tym odcinku do Fortecznej. Ogrody między domami stykały się ze sobą. Można było przechodzić z jednego do drugiego po rozsunięciu ogrodzenia. Korzystałem z tego przejścia, gdy praca się przeciągała.
Zajmowaliśmy z babcią dwa pokoje na pierwszym piętrze. Właściciel mieszkał w pokoju sąsiadującym z pokojem Babci, w czwartym – pani Przeradzka, pracująca w sklepie. Na parterze znajdował się duży salon, hall i kuchnia. W wysokiej suterenie pokoje mieszkalne zajęte były – jeden przez Julcię Paciorek i jej męża Stanisława, drugi – przez wiekową Marynię, służącą pana Baranieckiego. 3 lutego 1941 r. jak zwykle rano zjadłem śniadanie z babcią między siódmą a ósmą. Ubrałem się do wyjścia i właśnie zacząłem schodzić na dół, gdy z okna hallu na pierwszym piętrze zobaczyłem jadące ulicą Kaniowską „budy”. Wyskakują z nich żandarmi i po dwóch biegną w kierunku domów. Naprzeciwko
jeden wali w drzwi, drugi okrąża dom od ogrodu. W sąsiednim domu żandarm kopie obcasem w klamkę i drzwi z trzaskiem się otwierają. Nadjeżdżają następne budy. Słyszę walenie do drzwi w naszym domu. Szybko wracam do swego pokoju. Nie mam ani chwili na porozumienie się z Babcią. Zrywam z siebie ubranie, wrzucam je do szafy, wskakuję do łóżka i nakładam „sztuczną nogę”. Ledwie zdążyłem się przykryć kiedy do pokoju wszedł żandarm w hełmie z karabinem. Kiwnął na mnie: „Komm!” Powoli odsłaniam kołdrę, biorę nogę ubraną w sztuczny but i powoli zaczynam ją „znosić” rękoma z łóżka. Zobaczywszy to, żandarm powiada: „Sie können bleiben.” I kieruje się do pokoi Baranieckiego i babci. Każe im pójść do mojego pokoju. Mają siedzieć i nie ruszać się. Za chwilę przyprowadzają Marynię i Julcię. Babcia i pan Baraniecki nie byli dotąd świadkami najścia żandarmerii. Zaskoczeni, pytają mnie na migi, dlaczego leżę w łóżku, przecież przed chwilą miałem wychodzić do miasta. Pokazuję moją nogę i powiadam, że przecież jestem „chory” na gruźlicę.
Niemcy panicznie bali się zarażenia chorobami. Niemieckie patrole rewidowały młodych ludzi na ulicy. Sporo było wpadek. Ponieważ często nosiłem szyfrowane telegramy, władze organizacji dostarczyły mi sznurowany aparat z szynami, jaki noszą chorzy na gruźlicę kości. Konstrukcja składa się ze sznurowanego „gorsetu” na nogę, od kostki do kolana, ujętego na całej długości w żelazną szynę. Wyglądało to paskudnie i bardzo utrudniało chodzenie. Wytłumaczyłem to jakoś moim współlokatorom. Najtrudniej poszło z panem Baranieckim, który był mocno przygłuchy. Czekamy wszyscy zebrani w moim pokoju. Moja babcia, osoba zupełnie niezwykła, zaczyna po niemiecku rozmowę z żandarmem. Po niedługim czasie „dogaduje się” z nim, że zna jego rodzinne strony. Zaczyna rozmowę od tego, że z akcentu poznała, iż nie jest on z Prus, lecz z zachodnich Niemiec. Żandarm na to: „Ach! Ich bin keine Preusse. Ich bin von München.” „Z Bawarii pan jest! Znam dolinę Renu. Byłam w Monachium” – mówi babcia. No i rozmowa potoczyła się, dzięki czemu po paru godzinach żandarm pozwolił naszym gospodyniom pójść do kuchni i przygotować jakiś posiłek. Gdy po południu przyszła ekipa przeprowadzać rewizję, żandarm zameldował, że mieszka tu pięć starszych osób, z tego jedna chora na gruźlicę. Wiedziałem, czego szukają. Te godziny oczekiwania były bardzo denerwujące. Przeprowadzający rewizję byli umundurowani, ale każdy z innej formacji: wermachtu, lotnictwa, żandarmerii, SS itd. Kilkunastoosobowa ekipa weszła na pierwsze piętro. Na pytanie, dlaczego leżę, pilnujący nas żandarm zameldował, że mam gruźlicę. Nikt już nie wszedł do mego pokoju. Jeden żołnierz stanął jedynie na progu i saperską łopatką postukał w ścianę wychodzącą na hall, po czym wyszedł. Mógłbym spokojnie przechować karabin maszynowy pod łóżkiem. Tymczasem scena, która rozgrywała się w hallu, była po prostu komiczna. Z mego łóżka na wprost drzwi, widzę stojących tyłem kilkunastu oficerów i żandarmów i wszystkich domowników. Jeden z oficerów, stojący przy pięknej, bardzo starej szafce z wieloma szufladami, wskazuje na nią i każe otworzyć… Całe mieszkanie pana Baranieckiego, przeszło siedemdziesięcioletniego starego kawalera, notariusza, człowieka zamożnego, było urządzone antykami. Na wezwanie do otworzenia jednej z licznych szufladek, moja babcia powiada po polsku: Pan sobie życzy, aby otworzyć tę szufladę.” Na to pan Baraniecki, przykładając rękę do ucha: „Co, gosposiu?” Marynia za każdym razem głośniej, kilkakrotnie powtarza żądanie Niemca. Wreszcie słyszę brzęk kluczy (wszystkie szufladki były zamknięte na osobny klucz) i odgłos poszukiwania właściwego klucza w ogromnym pęku. Po dłuższej chwili dochodzi do mnie odgłos otwieranej szuflady. Nie wiedziałem, co się w tych szufladkach znajdowało, ale widocznie nic zdrożnego z punktu widzenia wojennych interesów III Rzeszy. Po chwili słyszę zamykanie szuflady. Pada rozkaz otwarcia następnej. Procedura powtarza się. Babcia tłumaczy na polski, Marynia wykrzykuje polecenie, pan Baraniecki szuka klucza… Trzeciej szuflady już nie chcieli oglądać. Przeszli przez wszystkie pokoje gdzie powtórzyła się scenka zaglądania do szaf, starannie zamykanych przez flegmatycznego starszego pana. Po obejściu całego domu poszli sobie. Domownicy widocznie nie wzbudzili podejrzeń. A co się działo na Fortecznej? Tymczasem przywieziono obiad żandarmom. Zmrok zapada, obstawa trwa. Pilnujący nas żandarm zawiadamia, że na noc w naszym domu zostanie zakwaterowany oddział żandarmerii. Pokój na parterze jest duży I pusty, przedpokój też.
Zdałem sobie sprawę, że dotąd nic nie wykryli, ale coś musieli podejrzewać. Postanowili widocznie tak długo siedzieć, aż coś wykryją. Na szczęście po niespełna dwóch godzinach żandarm mówi nam z nieukrywaną radością, że wracają do koszar. Rewizja skończona. Jest godzina dziewiąta wieczorem. Okazało się później, że we wszystkich domach przy tej części Kaniowskiej i przy Fortecznej, na odcinku od Kaniowskiej do placu Słonecznego była rewizja i obławia. Po odjeździe żandarmerii pobiegłem na Forteczną. Zastałem tam wszystko w porządku. Obsługa opuściła radiostację. Staś wychodził ostatni. Nie wiadomo było, czy Niemcy nie powrócą po przeanalizowaniu przebiegu akcji. Na wszelki wypadek należało się oddalić. Wincenty (Wicek) Świerczyński uczestnik budowy „Łodzi” opowiedział mi swoje przejścia tego dnia w czasie obławy na Fortecznej. Nie mieszkał już przy ul. Fortecznej 2. Staś przeniósł go wraz z rodziną do mieszkania swej żony przy ulicy Pogonowskiego 24. 3 lutego rano szedł na Forteczną wezwany przez właścicielkę domu, aby zreperować kran. Wszedł w ulicę i natknął się na stojącego żandarma; nie mógł się wycofać. Zabrano go do domu na Fortecznej 2, gdzie już zaczęto gromadzić wszystkich mężczyzn z okolicznych domów. Gdy tam wszedł, wytłumaczył, po co przyszedł, i pokazał klucz monterski do prac hydraulicznych. Zapytano go, czy nie wie, gdzie tu jest radiostacja w okolicy. Odpowiedział, że gdyby widział jakąś antenę, to może by wiedział. Za co otrzymał tak potężny cios w głowę, że zwalił się na ziemię. Wszystkich zatrzymanych mężczyzn – w sumie kilkadziesiąt osób, przewieziono dwiema budami na Pawiak. Po kilku dniach Wicka wypuszczono, podobnie jak wielu innych, ale trudno powiedzieć czy wszystkich.
NALOT NA FORTECZNĄ - jak wydarzenia przebiegły na Fortecznej?
W jednym pokoju spała Halina Iwanicka, nasza kuzynka, która pełniła rolę gospodyni domu i była łączniczką. W drugim Staś i, tego dnia, nasz szef „Zaremba” oraz radiotelegrafista Alf, który wcześnie rano zszedł „grać” na dół, do „łodzi podwodnej”. Około siódmej rozpoczął pracę. Zimą można było nadawać w ciągu dnia, bo nasze słabe nadawanie dobrze było słychać w dalekim Londynie. Wkrótce przyszedł Paciorek. Staś objął dyżur przy sygnalizacji w oknie, bo radiotelegrafista dał znać, że rozpoczyna pracę. Staś tak opisuje przebieg zdarzeń w swoich wspomnieniach: „Parę minut po 7.30 zobaczyłem zajeżdżające wozy gestapo oraz żandarma idącego przez ogrody. Budzę „Zarembę”, który porywa ubranie i przez szafę biegnie z Paciorkiem do „łodzi”. Ja chcę sprawdzić wejście, ale widzę przez oszklone drzwi, że drzwi frontowe zostały już wyłamane. W momencie wejścia do domu żandarmerii szybko wycofuję się przez szafę. Po zamknięciu się w „łodzi” włączam podsłuch i pytam „Zarembę” o szyfrowane telegramy, odebrane w nocy. Ten blednie i mówi, że zostawił je na stole koło szafy. Czyli moje przepowiednie, że można w ostatniej chwili w wyniku nieprzewidzianej sytuacji nie zdążyć zlikwidować najprostszych śladów, sprawdziły się. Tylko dzięki swej przytomności Halina zniszczyła szyfry.” Po wyłamaniu drzwi wejściowych, jeden żandarm poszedł na pierwsze piętro, a drugi wszedł do pokoju na parterze w chwili, gdy Staś zdążył zamknąć za sobą tylną ścianę szafy. Została tylko Halina w piżamie i szlafroku. Żandarm obszedł pokoje, stwierdził, że Halina jest sama. Halina zapytała, czy może zapalić papierosa, który leży w sąsiednim pokoju. Żandarm pozwolił, gdyż wskazała stół znajdujący się w zasięgu jego wzroku, naprzeciw drzwi. Podchodząc do stolika po papierosy Halina zobaczyła tam odebrane w nocy telegramy: zapisane rzędy liczb na bibułkach. Biorąc papierosy, zasłoniła stolik i błyskawicznie cały plik włożyła za dekolt. Papierosami poczęstowała żandarma i sama zapaliła. Po czym powiedziała, że musi pójść do toalety. WC mieściło się w głębi mieszkania i nie miało okna, na dwór. Po przyjściu do ubikacji pokazała żandarmowi, że nie ma okna i spytała, czy wobec tego pozwoli, że ona przymknie drzwi. Żandarm się zgodził, wówczas ona wrzuciła do klozetu całą bibułę. Po jakimś czasie przyszło gestapo z silną obstawą. Zrobiono drobiazgową rewizję, ale niczego nie znaleziono. Do sąsiedniego domu pod numer 4 nikt nie wszedł.
Zasypane śniegiem wejście od ulicy i ogrodu, zabite deskami okna świadczyły same za siebie. W czasie rewizji domu numer 6 gestapowcy weszli na strych i zobaczyli wyrwę w domu numer 4, brak schodów i śnieg nawiany przez szpary. Nie było według nich, po co tam zaglądać. Przeszukiwano okolicę bardzo starannie, zwłaszcza, że w chwili gdy przyjechali do naszej dzielnicy, musieli słyszeć „granie”. Sąsiedzi zaś nie mogli pojąć, czego Niemcy szukają. Próbowaliśmy obliczyć, ile osób ze strony niemieckiej brało udział w obławie i rewizjach. Cały rejon ulic Kaniowskiej, Fortecznej, Haukego otoczony był żandarmerią. W każdym domu znajdowało się co najmniej dwóch żandarmów, a w ogrodach między domami też było ich sporo. Przyjechało wiele samochodów: przede wszystkim budy-ciężarówki z ławkami, które przywiozły „wizytujących”, a oczekiwały teraz na nas. Zauważyliśmy też samolot nad domami. Rewizję przeprowadzała ekipa kilkunastoosobowa. W sumie ilość osób biorących udział w akcji można było oszacować na około dwa tysiące. W „Łodzi podwodnej” siedziało ukrytych w tym czasie czterech ludzi. W czasie, gdy żołnierze zostali wywołani w południe na obiad, który im przywieziono, Halina też przygotowała jedzenie, położyła je w szafie, zawiadamiając przez „telefon” we framudze, że nie ma żandarmów i można zabrać jedzenie. Staś wyszedł z dołu, cichutko otworzył połączenia między domami, wziął przygotowane jedzenie zamykając co trzeba za sobą. W ten sposób, dzięki zimnej krwi Haliny, siedzący w „łodzi” nawet nie byli głodni w czasie niespokojnego, bezczynnego oczekiwania. Mój brat relacjonuje: „Budy z odpowiednią obietnicą czekały na nas, ale nie doczekały się. Kilkanaście osób, zatrzymanych w tym rejonie w czasie akcji, puszczono po paru dniach, gdyż natychmiast po ich odjeździe telegramy znowu poszły w świat. Trzeba było jednak przerwać pracę, prowadzoną stale w jednym miejscu…” Na trzeci dzień Halina przeniosła radiostację do mieszkania przy ulicy Wyspiańskiego 9. Alf poszedł na zasłużony odpoczynek. Przybył „Wiesław” – Edward Łukasik, i nawiązał łączność z Londynem. Odległość między Forteczną a Wyspiańskiego wynosi około półtora kilometra. Niemcom wydało się, że radiostacja znowu pracuje w tym samym miejscu. Po kilku dniach ponownie przyjechali, koncentrując swój atak na tym samym co poprzednio domu przy ul. Kaniowskiej. Pozrywali telefony i w kilku domach poniszczyli mieszkania. Radiostacja ocalała wówczas dzięki temu, że w owym czasie Niemcy nie mieli wprawy, w wykrywaniu radiostacji, mniejsze też wtedy były możliwości techniczne. Po rewizji, połączonej z obstawieniem ulic Fortecznej i Kaniowskiej, stało się oczywiste, że goniometryczne namiary wskazały jednak, gdzie mieści się radiostacja. Niemcom nie udało się jej wykryć dzięki kilku okolicznościom. Jednym z czynników dezinformujących było przerywanie „grania”, gdy samolot był w określonym przez Stasia miejscu nad naszym i domami, co mogło skierować podejrzenie na inne ulice, na przykład na Kaniowską. Dlatego prawdopodobnie bardziej szukano w domach na Kaniowskiej niż na Fortecznej. W kilku domach usytuowanych w miejscu, gdzie Kaniowska skręca pod kątem prostym i staje się ulicą równoległą do Fortecznej, przeprowadzona została dokładna rewizja, ze zrywaniem listew z podłóg i wyrywaniem parapetów.
Przeszukano dokładnie każdy kąt i każdy mebel. Znaleziono jakiś stary aparat radiowy odbiorczy na strychu. Aresztowano kilkanaście osób, które jednak puszczono, gdy następnego dnia radiostacja znów zaczęła nadawać z innego miejsca. Przyczyną dezinformacji było też umieszczenie anteny nadawczej w pionie biegnącym od piwnicy aż na strych, wzdłuż 2 rur centralnego ogrzewania. Być może odbiór odbywał się przez prawdziwą antenę, a nadawanie przez 2 rury działające jak 2 anteny. Niewątpliwie jednak uratowało nas przede wszystkim pilne przestrzeganie zasad ustalonych przez Stasia, do których skrupulatnie stosował się podległy mu zespół, zasad polegających na sygnalizowaniu konieczności przerywania „grania” także i wtedy, gdy zjawiał się podejrzany samochód na tej cichej, bocznej uliczce. Po tych wydarzeniach dowództwo postanowiło zmienić system nadawania i przyjmowania wiadomości. Po pewnym czasie radiostację na Fortecznej pozostawiono tylko do odbioru telegramów z Londynu. O uzgodnionej godzinie Londyn zaczynał nadawać. Krótkim, jednoliterowym zgłoszeniem radiotelegrafista potwierdzał, że słucha, i jest gotów do odbioru. Na koniec przyjmowania każdego telegramu również kwitował go jedną umówioną literą. Tak krótkie sygnały nie mogły wystarczyć goniometrycznym stacjom niemieckim do dokładnego zlokalizowania radiostacji. Jednakże wokół naszych domów wciąż jeździły dziwnie wyglądające samochody. Legitymowano osoby na sąsiednich ulicach i rewidowano je szczegółowo, z dokładnym przeglądaniem torebek damskich i męskich kieszeni. Należało staranniej maskować zarówno ruch na Fortecznej, jak przenoszenie telegramów. Konieczne było uruchomienie radiostacji w innym miejscu. W czasie okupacji obowiązywała konspiracja. Prawdziwa konspiracja polegała na tym, że każdy z członków organizacji podziemnej wiedział tylko tyle o pracy innych, ile mu było niezbędne do jego własnej pracy. Dlatego nie umiem mówić o pracy innych, mogę tylko opisać to, co sam robiłem